Bez kategorii inspirations Travel

Wigilia w stylu filipino czyli kiedy okazało się, że jestem Polakiem

Jakiś czas temu, przed Gwiazdką, poproszono mnie żebym opowiedział w iluś tam znakach o jakim szczególnym Bożym Narodzeniu. Było takie. A historia ukazała się w Dzienniku Bałtyckim.

Istniał czas, kiedy Polska była poza Unią Europejską, do Dublina jechało się autobusem 48 godzin, a bezrobocie na Pomorzu wynosiło niemal 20%. Wcale nie tak dawno temu. Jakieś 15 lat temu, skończywszy Uniwersytet Gdański postanowiłem poszukać szczęścia na emigracji – przy irlandzkim zmywaku. Co ma to wspólnego ze wspomnieniem szczególnej wigilii ? Wbrew pozorom – ma. Czasy były inne i kiedy po tygodniu irlandzkiej przygody chciałem wrócić do Polski z podkulonym ogonem po prostu nie miałem za co i w sensie zawodowym – do czego. Tęskniłem za rodziną i przyszłą żoną. Jako obywatel spoza Unii ze wszystkimi formalnościami miałem ogromne kłopoty: konto w banku – kilka tygodni; ubezpieczenie społeczne – doba czekania przed stosownym urzędem, ramię w ramię z imigrantami z Azji i Afryki; umowa najmu mieszkania – czekamy na ubezpieczenie społeczne i konto w banku. Ogólnie dramat.

Tanich linii lotniczych jeszcze nie wynaleziono, a nawet jeśli to z pewnością nie do Polski. Poza tym pieniądze na wyjazd nie były moje i chociaż nie musiałem ich oddawać, to jednak chciałem się jakość rodzicom odwdzięczyć – choćby zapraszając na obiad. A już po dwóch tygodniach zostało mi tylko kilkadziesiąt „penów”, w Irlandii wciąż funkcjonowały miejscowe funty, i nie obiady w restauracji, a o przetrwanie chodziło. Musiałem zostać w Dublinie, a precyzyjniej w Malahide i tam, w wynajętym szeregowym domku spędzić wigilię, bo na domiar złego na Zieloną Wyspę ruszyłem w drugiej połowie listopada.
I ta wigilia okazała się doświadczeniem, którego nie zapomnę do końca życia. Jeśli coś miało w moim życiu naprawdę smak słodko-gorzki to właśnie tamten grudniowy wieczór w 2001 roku przy Malahide Crescent, gdzie wprowadziłem się kilkanaście dni wcześniej. Oczywiście nie było mnie stać na mieszkanie samemu, dlatego dołączyłem do dwóch innych pracownic hotelu, w którym coraz sprawniej pomywałem naczynia. Dwóch innych imigrantek, z dalekiego, katolickiego kraju jakim są Filipiny. Wstyd przyznać, nie potrafię sobie przypomnieć jak miała na imię młodsza z pań, ale starszej było na imię Anabel i była raczej złośliwa, skryta i wydawała mi się stara, choć miała pewnie wówczas ciut mniej lat niż ja dzisiaj. Młodsza była ładniejsza, łagodniejsza i tak samo skryta. Trudno to sobie pewnie wyobrazić, ale w tamtych czasach Polacy stanowili większą ciekawostkę wśród dublińczyków niż Filipińczycy i nie tak łatwo było znaleźć rodaka, z którym można by spędzić wigilię. Dzisiaj zdaje się, że wydawana jest tam polska gazeta. Oczywiście w wigilię wziąłem wieczorny dyżur w hotelu – im bliżej było wigilii tym robiło się smutniej, a w pracy przynajmniej nie było czasu na roztkliwianie się nad sobą. Równocześnie dołożyłem swoją działkę do składkowego „christmas party”, jakie moje koleżanki ze stancji postanowiły zorganizować dla grupy swoich rodaków w naszym domu. Kiedy wracałem wieczorem zastanawiałem się jak można nazwać wieczerzę wigilijną słowem „party”, ale wszyscy używaliśmy najpopularniejszego języka na świecie czyli „słabego angielskiego” i to wytłumaczenie w pełni mnie zadawalało. A było całkowicie fałszywe. Po drodze, z budki telefonicznej(!), porozmawiałem z przyszłą żoną, rodzicami, bratem i raczej zrobiło mi się smutniej niż weselej. Ale to, czego jeszcze nie wiedziałem, miało się zmienić po przekroczeniu progi naszego szeregowca. W domu: dekoracje, stół zastawiony azjatyckim jedzeniem, misa z ponczem, głośna muzyka i kilkanaście filipińskich dziewczyn wystrojonych w co tylko miały najelegantszego. Dla zachowania faktów – było jeszcze dwóch chłopaków. Wszyscy się do mnie uśmiechają i mówią, że na mnie czekają, że zaraz zaczynamy. I przyznam, że nie zastanawiałem się długo nad tym jak dziwna to tradycja – śpiewy, tańce, karnawał – taki nasz sylwester trochę. Po prostu dołączyłem do swoich nowych przyjaciół i byłem wdzięczny, że chcieli mnie w swoim gronie. I tak część mojej słowiańskiej duszy wypełniła hałaśliwa wigilia w stylu „filipino”, po której wszystko było dla mnie jako imigranta dużo łatwiejsze.

 

Może Ci się spodoba
Na co mi ten parlament
Portrety
Trawnik

Zostaw komentarz

Twój komentarz*

Twoje imię*
Twoja strona