Life Style Młodzież Patryk Gabriel Starogard Gdański

Drakula w domu Króla

Nie zazdroszczę współczesnej młodzieży. Nie bardzo chciałbym dzisiaj wchodzić w dorosłość. Ktoś zapyta: dlaczego? Ktoś inny powie: ja im właśnie zazdroszczę! A ja nie zazdroszczę, a nawet martwię się o nich. Jest na podparcie takiego sformułowania uzasadnień bez liku. Ekologiczne, socjologiczne, psychologiczne, a nawet erotyczne. Będzie jeszcze pewnie okazja do tego żeby dokładniej przyjrzeć się jakiż to los zgotowaliśmy naszym następcom.  Żeby nie trzymać za długo w napięciu – marny los!

Wielkim ułatwieniem dzisiejszego świata jest łatwy dostęp do informacji. To oczywiście może stanowić istny dopust boży – źródło niepokoju, wiecznego niezaspokojenia, niekończącą się spiralę cyfrowego uzależnienia. To prawda. Wielu wpada w te i inne pułapki współczesnej zamieci informacyjnej, która przysłania kształty, zniekształca kontury, zniechęca do dłuższego zastanowienia – wszystko pokrywając brudnoszarym nalotem.
Jeśli jednak na nowoczesne technologie i nieprzebrane zasoby sieci, nałoży się dwudziestowieczne sposoby kategoryzowania i interpretowania. Jeśli ma się dosyć cierpliwości żeby znalezisko potraktować stosownym pędzelkiem, jest szansa, że od czasu do czasu dotrze do nas spod warstwy kurzu prawdziwy blask będący przyczyną naszego indywidualnego zachwytu. Dzięki Internetowi niedawno przeżyłem takie dwie kilkunastosekundowe iluminacje. One doprowadziły mnie do sformułowania pierwszego zdania tej wypowiedzi.

Paul McCartney opowiadał w trakcie telewizyjnego wywiadu, którego nagranie znalazłem na YT, o pierwszej wizycie w Stanach. Jeśli ktoś nie wie kto to taki – to ojciec Stelli McCartney – projektantki firmy, która w niektórych kręgach słynie z prawilności. No, więc jakieś pół wieku temu albo dawniej, Sir Paul pojechał z trzema kolegami do Stanów.  Mieli tam koncerty, udzielali wywiadów, ale nie to stanowiło najciekawszą część relacji ojca słynnej Stelli. Otóż największe wrażenie, najbardziej utkwiło mu w pamięci, najbardziej się ożywił opowiadając o pilocie telewizyjnym. Urządzeniu tak współcześnie powszechnym, że wręcz przestającym istnieć. Co ciekawe, pilota zobaczył liverpoolczyk po raz pierwszy w domu Elvisa Presleya – ojca Lisy, żony Michaela Jacksona, którego czwórka odwiedziła podczas tamtego debiutanckiego tourne. Król pokazując im ten wynalazek, zwracał symbolicznie uwagę na wysoki status materialny. Wskazywał dobitnie swoje miejsce w cywilizacyjno-materialnej hierarchii. To wówczas zrobiło na Paulu takie wrażenie, że wspominał to wiele dziesiątków lat później. Na mnie ta opowieść też zrobiła ogromne wrażenie. Sam pamiętam czasy sprzed ery pilotów, a nawet kolorowych telewizorów.

Druga historia pochodzi z odcinka Mroczny kompas serialu Drakula. Otóż tytułowy bohater po 123 latach spędzonych w swojej trumnie na dnie morza, trafia do domu Cebulaków, jak możnaby skategoryzować pojawiające się postaci. Domu raczej patologicznego, niezbyt zamożnego, z szeregiem własnych problemów. I oto gość niezapowiedziany, po prawdzie niechciany zupełnie, bawi się przy drzwiach włącznikiem do świateł – pstryk, pstryk. Jak w wierszyku i jak w wierszyku jest tym wynalazkiem zafascynowany. A potem pyta panią domu o imieniu Kathlynn, gdzie jest jej służba, bo widzi, że ta kuląca się w przerażeniu pani domu, którą bił mąż, musi być zamożna. A potem, ten wielki bogacz z przeszłości, dla podparcia swojej oceny, mówi – Ile tu sprzętu! Jedzenia! Skrzynka z ruchomymi obrazami. I to coś przed domem – samochód. Kiedy gospodyni mówi, że jej dom to rudera, najsłynniejszy krwiopijca w historii nie może się zgodzić – Jestem arystokratą od czterystu lat. Mieszkałem w zamkach i pałacach najbogatszych ludzi. Nigdy! Nigdy nie otaczały mnie wspanialsze luksusy niż tu! To komnata niezwykłości! Wszyscy królowie, królowe i cesarze, których znałem lub zjadłem chcieliby tu zamieszkać na zawsze! Wiedziałem, że przyszłość przyniesie cuda, nie sądziłem, że tak spowszednieją…

No właśnie. Wielkie cuda. Wspaniałości. Niezwykle drogie wynalazki. Telewizory, komputery, samochody. Lodówki i pralki, A nawet dżinsy, koszulki z nadrukiem, bluzy z kapturem, adidasy. Rowery, wrotki, deskorolki. To wszystko i wiele innych jeszcze drobniejszych rzeczy, które nas otaczały, jak lody Calipso czy oranżada w woreczku ze słomką. Ich zdobywanie przynosiło w przeszłości prawdziwą radość, niesamowitą frajdę, było wydarzeniem. Czystym uczuciem, które pojawiało się już przy realizacji najdrobniejszej nawet materialnej pokusy – jak nowa piłka czy naklejka na rower. To pozwala na cieszenie się drobnostkami, stawia granicę zadowolenia tak nisko jak pierwsze wspomnienie jego zaspokojenia.
Nie zazdroszczę tym, dla których zaspokojenie tylu materialnych pokus jest oczywiste. Ewentualna strata może być niezwykle bolesna.

Może Ci się spodoba
Sam mówię: sprawdzam!
Iiiiiiiiiii Kalifornia….
Paradoksy samorządu

Zostaw komentarz

Twój komentarz*

Twoje imię*
Twoja strona